wtorek, 28 kwietnia 2015

Jestem beznadziejna czyli jak to się zaczęło


Dzisiaj miałam beznadziejny dzień. Ponuro na dworze to i u mnie...hmmm...bez perspektyw. Czyli tysiące myśli typu: nic nie umiem, nie potrafię, nie nadaję się do niczego. Taki dzień też mi się zdarza, może nie tak często jak kilka lat temu, ale co kilka miesięcy pojawia się nieoczekiwanie. Przemęczenie, spóźniony baby blues? 

Wiem jedno, na taki stan najlepsze jest zajęcie myśli i rąk :)  Od zawsze tak właśnie radzę sobie, gdy dopadną mnie myśli jaka to ja jestem beznadziejna. Kiedy się porządnie naharuję to wiem, że co jak co, ale do beznadziejności to mi jeszcze daleko. 
  
Sposobów na "beznadziejny dzień" jest mnóstwo.

Tylko jak wybrać ten najlepszy? Metodą prób i błędów? 
U mnie sprawdza się analiza problemu i próba jego rozwiązania.
Na początek pomyśl co może być powodem poczucia beznadziejności. Możliwe, że za dużo obowiązków wywołuje stres,a wraz z nim pojawiają się przygnębiające myśli. 

Kiedy po urodzeniu Kuby okazało się, że nie mogę wrócić do pracy poczułam, że coś mi zostało odebrane. Wiedziałam dlaczego czuje się z tym niedobrze, ale nie było to jeszcze poczucie beznadziejności bo dostałam bardzo dużo w zamian czyli czas spędzony z synkiem. Pracy mi jednak brakowało, więc zostałam freelancerką. Zaczęłam pisać teksty na zlecenie firm pozycjonujących. 

 
Rozkręciłam się na maksa.

 Zleceń przybywało, a ja czułam jak rosną mi skrzydła. Zaszłam w drugą ciąże i absolutnie nie zwolniłam tempa. Do pracy siadałam wieczorami kiedy Kuba spał. Często pisałam do późna w nocy. 24 godziny przed porodem kończyłam ostatnie zlecenie. Urodziłam w poniedziałek, a już w piątek, w pozycji półleżącej (wiadomo jak jest z siedzeniem po porodzie ;-)) pisałam zlecenia, które spłynęły przez ten tydzień. Gabryś okazał się dzieckiem bardzo absorbującym, poza tym okazało się, że ma alergię na mleko i AZS. Całe dnie poświęcałam chłopcom, a wieczorem siadałam do pracy. Zleceń było coraz więcej i coraz lepsze pod względem merytorycznym jak i finansowym. Od 6. rano chłopcy byli na nogach, a wraz z nimi także ja. W tym momencie, mój Mąż zrezygnował z etatu i założył firmę. Pomagałam mu przy zawiłościach w przepisach księgowych i prowadzeniu dokumentacji. Jak to na początku, stres był ogromny. Tak funkcjonowaliśmy jeszcze rok. Dostałam propozycję od firmy ubezpieczeniowej, do której aplikowałam tuż po ślubie. Rozważałam czy ją przyjąć, ale...

niestety mój organizm się zbuntował. 

Wtedy po raz pierwszy miałam poczucie beznadziejności. Nie jest łatwo przyznać się przed sobą, że nie dajemy rady. Oprócz dzieci i pracy freelancerki, prowadziłam jeszcze dom, pomagałam mężowi, opiekowałam się babcią, dbałam o ogród, robiłam mnóstwo ciast i przetworów, i wydawałam przyjęcia urodzinowe i grille na 20 osób. I nagle ja mam się przyznać, że nie daję rady, że nie mam siły. Mój organizm sam się upomniał, wysiadły mi stawy, były dni kiedy ledwo się ruszałam, psychika wszczęła alarm. Przygnębiające myśli były nie do wytrzymania, a na moje pochlipywania (tak niestety schodzi ze mnie stres) patrzyły przecież dzieci.

Powiedziałam STOP.
 
Umysł analityczny podpowiedział: znajdź problem i rozwiąż go.
Szybko stwierdziłam, że nałożyłam na siebie za dużo obowiązków. Poza tym, byłam wobec siebie zbyt wymagająca. Wszystko musiało być na tip-top. Wiedziałam, że jedynym rozwiązaniem problemu będzie zwolnienie tempa i ustalenie priorytetów. To akurat było łatwe. Najważniejsza jest rodzina. Zawsze. Tu nie było żadnych wątpliwości. Doprowadziłam wszystkie zlecenia do końca i postanowiłam dać sobie chwilę wytchnienia.Za ostatnie zlecenia kupiłam rower, bo Kubuś szedł do przedszkola, a samochodem jeździł mąż. 

W ten sposób znalazłam, a właściwie wróciłam do sposobu sprzed lat. Jako nastolatka z poczuciem przygnębienia radziłam sobie poprzez aktywność fizyczną. Rower to był mój nr 1.
 
Wtedy to właśnie aktywność fizyczna czyli rower, piłka z chłopakami, spacer pozwoliły mi złapać równowagę.

Przygnębienie odeszło w niepamięć, zatęskniłam za pisaniem. Założyłam kilka blogów, każdy o innej tematyce. Gniazdowanie okazało się tym, przy którym wszystkie złe myśli odchodzą w niepamięć. Tutaj znalazłam odskocznie, głównie dzięki wspaniałym osobom, które śledziły nasze "gniazdowanie". Spróbowałam chyba większości polecanych przez dziewczyny metod rękodzielniczych. Wróciłam do szydełkowania i haftowania. Znów zaczęłam pisać opowiadania do szuflady.
Poczułam, że mogę wszystko. Takie dni jak dzisiaj zdarzają się sporadycznie i rozprawiam się z nimi natychmiast.

Tawuła nippońska
                      
Dziś przygotowałam ogród pod ściółkowanie korą. Podczas pracy wdychałam woń tawuły. Cudna. Chwasty śmigały do kompostownika z prędkością światła, bo musiałam zdążyć przed deszczem. Zajęło mi to kilka godzin, ale odprężyłam się, stres i przygnębienie popłynęło w siną dal. Nie miałam czasu zastanawiać się nad swoją beznadziejnością, tym bardziej, że pomagał mi Gabryś :) Przed chwilą ułożyliśmy z chłopakami puzzle. Miło się zrobiło :) Przeczytałam kilka stron książki, wieczorem poszydełkuję. Właśnie oddałam się mojemu ukochanemu pisaniu, a owoc macie przed sobą. Beznadziejny dzień okazuje się być całkiem udany :)



Pozdrawiam i ściskam,
Kasia :) 

2 komentarze:

  1. Kasiu, pięknie napisane...
    Daje do myślenia, ale to dobrze... użalanie się nad sobą w niczym nie pomoże.
    Ale z drugiej strony potrzebujemy i takich ciemnych dni, bo one dają nadzieję na te jaśniejsze, lepsze.
    Martita

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Ci bardzo za miłe słowa. To prawda, każdy taki dzień to moment na przystopowanie, odpoczynek, zebranie sił do zmian. Bo takie dni najczęściej przynoszą zmiany. Pozdrawiam serdecznie :)

      Usuń

Dziękuję ślicznie za komentarz i zapraszam ponownie :)

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...