piątek, 21 lutego 2014

Przychodzi mama do doktora...


 U lekarza. Łaskawy Pan Doktor przyjął nas na audiencję ustaloną miesiąc wcześniej. Obejrzał Synka i stwierdził, że nic się nie zmieniło i wyznacza nam audiencję za miesiąc. W gabinecie siedzieliśmy jak osły dobre 10 minut, z czego więcej niż połowa przypadła na zapisanie wniosków w karcie i przepisanie ich do komputera. Na moje pytania, Łaskawy Pan Doktor, nie miał zamiaru odpowiadać. Aż niebywale zmęczony mą upierdliwością raczył odpowiedzieć na jedno. W sumie, odpowiedź mogłam sobie wygooglować. Niczego konkretnego się nie dowiedziałam.
Mam dość. Próbowałam się dowiedzieć co jest moim dzieciom, żeby wyeliminować infekcje, a kończy się to ciągłymi kontrolami u różnych specjalistów. Jak Cię jeden złapie, to Cię już nie wypuści, ale o badania trzeba się dosłownie wykłócać. I tylko syropek i następna kontrola. Ponadto każdy pobyt w poradni kończy się co najmniej katarem.
Przepraszam, że tak troszkę inaczej niż zwykle. Nie wiem, być może jestem zmęczona. Od 2001 roku mam do czynienia z naszą służbą zdrowia, bardziej niż bym sobie życzyła. Opieszałość niektórych  lekarzy i ich zbywanie pacjenta jest irytująca. Tak mi się wydawało, dopóki dotyczyło to tylko mojej osoby. 
Teraz, kiedy w grę wchodzą moje dzieci, zwyczajnie mnie to wkurza.
Piszę, niektórych lekarzy, bo większość jest porządnie przygotowana do zawodu. Jednak wydaje mi się, że Ci, którzy informują o stanie i leczeniu, pracują przede wszystkim w dużych miastach. Przepraszam, jestem po prostu bezradna.
 

W styczniu poczuliśmy się tak bezsilni, że postanowiliśmy wywrócić wszystko do góry nogami. Zaczęliśmy od naszej diety. Owszem panowała u nas kuchnia polska, własne przetwory i chleb. Tylko przyszło nam do głowy, że może jednak produkty, z których gotujemy mają za dużo aromatów i barwników. Za dużo soli w rozrachunku dziennym. Za dużo cukru. Może to wszystko obniża odporność chłopaków. 
Od stycznia jadłospis wiele się u nas nie zmienił, ale bardziej zwracamy uwagę na to, skąd są produkty, które kupujemy. I przede wszystkim jaki mają skład. Pierwsza styczniowa wyprawa na takie zakupy, była masakrą. Staliśmy przed regałami, chłopcy podawali nam produkty, a my czytaliśmy skład. Musieliśmy interesująco wyglądać, bo wiele osób patrzyło na nas jak na wariatów ;)
Ta lekcja bardzo nam się przydała. Liczba wszystkich dodatków w standardowych produktach spożywczych dosłownie nas powaliła.




Mam nadzieję, że powoli wyeliminujemy problemy zdrowotne naszych dzieci. I nie bedziemy musieli zawracać głowy lekarzom.
Tego moim Dzieciom, Nam i Wam bardzo mocno życzę.

Pozdrawiam,
Kasia
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję ślicznie za komentarz i zapraszam ponownie :)

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...